Indianie Kofan z Dureno w Ekwadorze

Spotkanie z Ayahuascą,Tradycyjną Medycyną Amazonii

Opowiem wam dziś o wiosce Kofanów. O miejscu, które rządzi się własnymi prawami i które trochę przypomina starą, dobrą, polską wieś. O miejscu, które fizycznie nie jest oddalone od cywilizacji, ale jednocześnie o miejscu kulturowo odmiennym na tyle, żeby nie móc już go wpasować do typowego latynoskiego świata. O miejscu, do którego można dotrzeć tylko motorówką.

ALEJANDRO

Do Alejandra, indiańskiego uzdrowiciela i mojego przyszłego gospodarza, zaprowadził mnie kierowca rzecznej taksówki. W trakcie odwiedzin Alejandro dokuczały pewne dolegliwości, toteż nasze pierwsze spotkanie miało osobliwy charakter. Alejandro był właśnie poddawany leczeniu przez innego wioskowego znachora, a proces uzdrawiania polegał głównie na okadzaniu chorego wypuszczanym z płuc dymem tytoniowym i wydawaniem z siebie różnych dźwięków, od basowego dudnienia po cmokanie.

Alejandro zaczął mówić po hiszpańsku trzynaście lat temu. Koncern energetyczny, który rozpoczął wtedy działalność w pobliżu jego wioski, sprowadził wielu hiszpańskojęzycznych robotników. Alejandro najął się do nowej pracy i siłą rzeczy znajomość języka przyszła sama. Hiszpański Alejandra, zresztą podobnie jak i mój, nie jest jednak perfekcyjny i zdarzają się problemy z komunikacją: czasem się nie rozumiemy i gdy zadaję Alejandro pytanie, to odpowiada mi na zupełnie inny temat. Syn Alejandra mówi jeszcze gorzej, a jego żona prawie w ogóle. Między sobą rozmawiają w języku Kofan, czasem wtrącają jednak hiszpańskie wyrazy, co stanowi ciekawą mieszankę i daje mi ogólny pogląd na temat rozmowy.

Na pytanie o wiek, Alejandro patrzy pytająco na swoją żonę, która przypomina mu, że ma już 67 lat. Po kilku dniach spędzonych z uzdrowicielem zaczynam rozumieć: to połączenie słusznego wieku, ogromnych ilości yage i braku edukacji sprawiły, że wiek nie ma dla niego już żadnego znaczenia.

Na początku naszej znajomości starałem się opowiadać Alejandro o miejscu, z którego pochodzę. Po jakimś czasie zorientowałem się, że przecież Alejandro nawet nie wie, gdzie leży Ekwador, a jakiekolwiek fakty dotyczące Polski nie mają dla niego żadnego punktu odniesienia. Życie Alejandra było tak różne od mojego, że początkowo znalezienie wspólnej płaszczyzny było bardzo trudne.

Rodzina Alejandro daje mi dach nad głową, jedzenie i lokalną medycynę w postaci yage. Moja dieta nie jest specjalnie skomplikowana, codziennie jemy zupę z makaronem, kurczakiem lub tuńczykiem, do picia dostaję czokolę, czyli bananową zupę, a jak jest lepszy dzień, to jemy nawet moje ulubione smażone platanosy, czyli odmianę bananów nadającą się do spożycia dopiero po obróbce termicznej. Alejandro nie je zupy bez ostrej przyprawy, ja również sobie jej nie żałuję, mimo że w ayahuascowej diecie nie jest ona wskazana. Ujmując najprościej: po prostu kuchnia pani domu do specjalnych nie należy. Przy każdym posiłku Alejandro pyta, czy mi smakuję, a ja ćwiczę się w grymasach i odpowiadam, że tak. W dzień picia yage ostatni posiłek spożywam o drugiej po południu, pytam czy to aby nie za późno i czy nie powinienem bardziej pościć, jednak Alejandro odpowiada, że i tak będę rzygał.

RZEKA


Nad rzekę chodzę dwa razy dziennie. Na kamienistej plaży zostawiam mydło, szampon i ręcznik, po czym w bieliźnie wchodzę do wody. Czasem pływam, a czasem tylko opłukuję się i zaraz potem cały się namydlam, żeby później znów się opłukać. Tuż przy brzegu prąd jest całkiem silny, jednak nie porywa, bo wody jest zaledwie do pasa, a po zanurzeniu można płynąć pod prąd nie zmieniając położenia. Mam więc taką prywatną bieżnię do pływania i w trakcie wizyty u Kofanów mogę zażyć trochę gimnastyki.

Późnym popołudniem w rzece bawią się dzieci. Starsze zwykle gonią te młodsze, jednak nikomu nie dzieje się krzywda i nikt nie płacze. Te najmniejsze skaczą do wody na główkę, jednak nie wprost, a w bok, dzięki czemu przypominają amazońskie delfiny. Zastanawiam się, gdzie je podejrzały, bo tutejsza rzeka jest zbyt płytka, jednak zaraz dochodzę do wniosku, że pewnie zobaczyły je łowiąc ze starszyzną ryby gdzieś w innym miejscu.

Wychodzę z wody i z ręcznikiem owiniętym w pasie zmieniam mokrą bieliznę. Zapominam się na chwilę i myśląc, że nikogo nie ma w pobliżu, zdejmuję ręcznik. Na pobliskiej skarpie stoi jednak kilku chłopców i dziewczyn, na oko 14-15 lat. Patrzą na mnie nagiego i z ciekawością pokazują palcami, czekam aż zaczną się śmiać, jednak nic się nie dzieje, a ja szybko orientuję się, że tutejsza mentalność nakazuje pełen szacunek, zwłaszcza dla obcych.

WIOSKA


Młodzież i dorośli traktują mnie z rezerwą. Dzieci są zainteresowane, krzyczą “gringo” i podchodzą bliżej, nawiązują kontakt wzrokowy, a niektóre nawet zagadują. Młodzież dostrzega moją obecności, ale stara się mnie ignorować i gdzieś głęboko czuję, że tak naprawdę mnie tutaj nie chcą. Kolejny bogaty biały, który przyjechał upijać się yage?

Carlos, syn Alejandra, zaskoczył mnie już na samym początku. Ten niepozorny trzynastolatek nieśmiało przywitał mnie swoim tubalnym głosem. Gdy przychodzi ze szkoły zwykle jest uśmiechnięty, jednak po chwili robi się nieśmiały i zamyka się w sobie. Podczas ceremonii spożywania yage obserwuje mnie uważnie, patrzy na mnie co chwilę, a kiedy nasze oczy spotykają się, odwraca wzrok. Patrzy na mnie, bo chce zobaczyć, czy yage już działa i czeka, aż będzie mógł wreszcie iść spać, bo jest prawie dziewiąta wieczorem. Tutaj świat zasypia już po ósmej, a paradoksalnie koguty pieją przez całą dobę.

Alejandro sprawia wrażenie dobrego ojca. Gdy potrzeba jest surowy, ale zawsze obdarza swojego syna bezgraniczną miłością. Carlos wraca do domu o ósmej wieczorem, czasem jest trochę spóźniony i Alejandro spokojnie go upomina. W ich relacji czuć pełne zrozumienie, rola ojca jest niepodważalna, a bezstresowe wychowanie w tym środowisku jest zupełną abstrakcją. Rodzina działa w typowym, znanym naszym dziadkom modelu.

Carlos swoją pierwszą yage wypił w wieku czterech lat, w wieku lat jedenastu dostał swoją własną śrutówkę, a obecnie, mając lat trzynaście, radzi sobie z przeniesieniem ciężkiego silnika Diesla lepiej ode mnie. Paradoksalna jest ta moja wizyta u Kofanów. Wykształcony i biegły w cywilizowanym, zachodnim świecie przyjeżdżam tu, żeby nauczyć się czegoś o życiu, mając właściwie wszystko, co z materialnych rzeczy miejscowi mogliby sobie tylko wymarzyć. Wydaje się, że wychowując się w mieście, części swojego życia w ogóle nie przeżyłem i właśnie teraz nadrabiam zaległości.

KOFANI


Zamieszkują tereny północno-wschodniego Ekwadoru i południowej Kolumbii. Ich dzisiejsza populacja szacowana jest na 2000 osób, podczas gdy przed kolonizacją było ich najprawdopodobniej ponad 15 tysięcy. Nękani i dziesiątkowani byli kolejno przez konkwistadorów, nieznane im wcześniej choroby, poszukiwaczy kauczuku, aż wreszcie koncerny naftowe.

cofan

Żyją w rozproszeniu, lub małych skupiskach, jak np. w Dureno, czyli ci, których odwiedziłem. Wcześniej trudnili się głównie zbieractwem, uprawą, rybołówstwem i łowiectwem, a w celu poprawy standardu życia zaczęli dodatkowo zajmować się hodowlą krów i komercyjnym wyrobem rękodzieła. Ich sposób życia jest już dziś prawie całkowicie pod wpływem zachodniego, przeszli z własności wspólnotowej na prywatną, a w ich chatach nierzadko znajdziemy nowoczesne urządzenia, jak telewizory LCD czy odtwarzacze DVD.

WOJCIECH CEJROWSKI KOMENTUJE ARCHIWALNY PROGRAM TVP O KOFANACH:

DOM


Dom Alejandro to taka trochę bardziej nowoczesna wersja drewnianej chaty. Trzyletnia, jednopiętrowa konstrukcja z drewnianych desek ma dwa pomieszczenia: parter, w którym jest kuchnia i pierwsze piętro, czyli sypialnia, garderoba i “kino domowe” w postaci telewizora LCD, odtwarzacza DVD i jednej kolumny nagłośnieniowej. Chroniona blaszanym dachem chata ustawiona jest na półmetrowych palach, tak aby podczas ulewnego deszczu, woda nie dostała się do dolnego pomieszczenia. Urzekająca prostota domu na pierwszy rzuty oka sprawia, że wydaje się, że nic tu nie ma. Po bliższym przyjrzeniu się jednak dostrzegamy, że można znaleźć tutaj większość wygód nowoczesnego świata. Jest zamrażarka (nie lodówka, bo posiadanie lodówki to tutaj zbędny luksus), wspomniany już wcześniej telewizor, dwie śrutówki, trochę amunicji, są łóżka z moskiterami, lustro, kupa garnków, zwały ubrań i mnóstwo innych rupieci.

MEDYCYNA

Alejandro jest prostym i dobrym człowiekiem. Jego oczy promieniują ciepłem, trochę jak oczy wiecznie szczęśliwego, buddyjskiego mnicha. Gdy się dziś obudziłem, obserwował mnie uważnie i spytał, czy yage przestało już działać i czy czuję się dobrze. Chciałem usiąść na krańcu mojego materaca – legowiska, które zostało dla mnie przygotowane, jednak ześlizgnąłem się na podłogę, ku uciesze Alejandra i mojej.

Alejandro nie jest prawdziwym szamanem, a tylko uzdrowicielem. Na moje pytanie, czy potrafi rozmawiać z duchami, ku mojemu rozczarowaniu odpowiada, że nie. Podczas sesji yage opiekuje się mną jednak należycie, nie spuszcza ze mnie wzroku, a gdy tylko się poruszę, obserwuje uważnie w poszukiwaniu alarmujących znaków. Gdy po serii wymiotów zbyt długo zastygam w bezruchu, nalega abym wracał do hamaka.

Pod koniec ceremonii do chaty przychodzi kocur. Siada w oknie i nasłuchuje myszy, które co noc biegają po domu. Patrzymy na siebie, kot próbuje wybadać, czy może bezpiecznie tu ze mną polować. Patrzę mu w oczy i milcząco akceptuję jego obecność tym samym obserwując teatr, jaki serwuje mi natura, spektakl przedstawiający drapieżnika polującego na swoją ofiarę. Pozornie mysz jest bez szans i tym samym wzbudza moją sympatię. Chcę przegonić kota, jednak coś mówi mi, żebym zostawił naturę samej sobie. Żebym przestał ingerować i żeby wydarzenia zaczęły iść swoją drogą. Mysz sama wyczuwa co się święci i chowa się gdzieś za schodami, kot jest bez szans i w końcu odpuszcza. Yage odpuszcza i mnie, i wreszcie mogę położyć się spać.

Typowe dla sesji z yage dolegliwości żołądkowe sprawiły, że tego wieczora zostałem upokorzony. Nie przed Alejandro, bo on widział to już setki razy. To natura sprowadziła mnie na ziemię, rzuciła na kolana i przypomniała, jak wrażliwy i bezsilny może być człowiek wobec przyrody. Natura jest jednak dobrą i troskliwą matką, zabiera godność, ale w zamian daje poznać smak głęboko ukrytej i dawno zapomnianej pierwotnej siły.

Z Dureno wyjeżdżam w pewnym pośpiechu. Planowałem tam pobyć jeszcze trochę, ale zmęczony ayahuascą i ubogą dietą, z radością witam znajomy, tani acz przyzwoity hotel w Lago Agrio, z ciepłym prysznicem i wszelkimi wygodami dookoła. Trochę zmieszany, bo nie do końca mogę jednoznacznie ocenić kontakt z yage jako pozytywny czy negatywny. Doświadczenie tego typu zdecydowanie ma pouczający charakter i pozwala spojrzeć na świat z innej perspektywy. Należy jednak skrupulatnie ocenić własną motywację wzięcia udziału w podobnej ceremonii oraz równie dużo wysiłku włożyć w znalezienie odpowiedniego miejsca i osoby prowadzącej przez często trudny proces.

AYAHUASCA, YAGE


Stosowana przez wiele indiańskich plemion górnej Amazonii (od Wenezueli poprzez Kolumbię, Ekwador, Peru, Boliwię i Brazylię) w celach rytualnych, religijnych oraz leczniczych. Ayahuasca (wym. ajałaska, z języka keczua “pnącze dusz”), często zwana również yage (wym. jage), to nazwa szerokiej grupy wywarów o podobnym składzie chemicznym. W zależności od miejsca przygotowania ayahuasca przyrządzana jest przy użyciu różnej kombinacji lokalnie dostępnych roślin.

Wywar ma silne działanie zmieniające świadomość. W trakcie ceremonii możliwe jest doświadczenie wizji i wglądów, a szamani stosują ją w celu wprowadzenia się w trans umożliwiający kontakt z duchami. Zarówno miejscowi, jak i przyjezdni amatorzy ayahuasci przekonani są o cudownych medycznych właściwościach napoju. Pojawiające się po wypiciu wywaru fizyczne oczyszczenie (wymioty, biegunka) ponoć pomaga pozbyć się z organizmu toksyn i pasożytów. W ostatnich latach ayahuasca zdobywa również coraz większe zainteresowanie środowiska naukowego. Prowadzone są badania nad ayahuascą jako środkiem wspomagającym leczenie traum, depresji czy uzależnień.

Z obrzędem picia yage związana jest osoba prowadzącego, często szamana, która czuwa nad procesem oczyszczania i opiekuje się pijącymi. Ceremonii zwykle towarzyszą wykonywane przez szamana pieśni, które odganiają złe duchy i pomagają w leczeniu. Układ z amazońskimi uzdrowicielami jest prosty. Ceremonie z yage odbywają się zwykle odpłatnie, koszt to średnio od 50 do 100 zł, czyli wcale nie tak mało, zwłaszcza biorąc pod uwagę styl życia Indian.

POSŁUCHAJ PIEŚNI ALEJANDRO W ODTWARZACZU PONIŻEJ


UWAGA! Wybór odpowiedniego prowadzącego jest bardzo ważny, w Amazonii istnieje bowiem wielu niekompetentnych ludzi liczących na łatwy zarobek. W internecie dostępnych jest również mnóstwo materiałów dotyczących korzyści i zagrożeń związanych z ayahuascą. Ze swojej strony nie zachęcam do wzięcia udziału w podobnej ceremonii; przed podjęciem podobnej dezycji koniecznie zapoznaj się z jak największą liczbą materiałów na ten temat.

OBEJRZYJ FILM Z MOJEJ WIZYTY U INDIN KOFAN